

Maciek Maleńczuk po premierze koncertowej płyty Psychodancing nie krył w jednym z wywiadów, że sprzedaje po raz kolejny tę samą krowę. Bo nie na tym albumie żadnych nowości: jest za to sporo staroci z repertuaru m.in. Pudelsów. Ale w koncertowym repertuarze wielokrotnie brzmią lepiej, niż w znanych nam dotąd, studyjnych wykonaniach.
Maleńczuk to wymarzony artysta koncertowy. Świetnie nawiązuje kontakt z publicznością, świetnie czuje się na scenie. Dwupłytowy album "Psychodancing Live" to kolejne – po "Life After Death" Homot Twistu – bardzo udane wydawnictwo w dyskografii tego artysty zarejestrowane w trakcie występu na żywo. Maleńczuk nie ogranicza się jedynie do piosenek z dwóch płyt Psychodancingu – sięga również po swoje autorskie starocie, takie jak "Edek Leszczyk" oraz piosenki Pudelsów: "Jestem sam" i "Nigdy więcej". I to właśnie te starsze numery z jego dyskografii wypadają na koncertówce najlepiej.
Taka "Praca na saxach" z elektronicznej płyty "Maleńczuk", albo "Kolacyja" z "Psychopopu" nabrały tutaj nowego wymiaru, zabrzmiały inaczej, ciekawie. I "Dawna dziewczyno" – w wersji koncertowej ponad ośmiominutowy numer, który zdecydowanie przebija studyjną wersję. Maleńczuk odkurzył też "Besame Mucho" – meksykańską piosenkę z lat 40. ubiegłego wieku, którą zamyka swoje koncertowe wydawnitwo. I choć tytułuje je jako wspólne dzieło swoje i zespołu Psychodancing, ten album to przede wszystkim interesujące podsumowanie jego dotychczasowej, tej bardziej popowej (bo z wyłączeniem grającego ciężkiego rocka Homo Twistu) twórczości.
Dla fanów artysty – pozycja obowiązkowa. Dla wszystkich innych – album warty uwagi, bo choć wielu powie, że Maleńczuk się sprzedał, jego piosenki wciąż nie mają sobie na polskiej scenie równych. No i te szlagiery… "Wakacje z blondynką" lub "Bo to się zwykle tak zaczyna" w jego interpretacjach nabierają nowego życia. Naprawdę warto posłuchać.
Źródło:muzyka.onet.pl





